(Uwaga, wymagana jest znajomość filmu Skazani na Shawshank. Polecam go obejrzeć przed przeczytaniem.)
Jeden
kubek herbaty dziennie to dla mnie za mało. Cztery to teraz (tj. w okresie
przedmaturalnym) norma, ale o różnych porach. Zielona, owocowa, ziołowa albo
zwykły rumianek. Możliwości z resztą jest wiele. Zaparzyłam więc sobie rumianek
dla ukojenia myśli i duszy. Deszcz hałasujący za oknem nie nastraja pozytywnie
do życia, a już na pewno, gdy jest się nałogowym pesymistą. Dzisiaj byłam nim
na pełny etat. Łzy lały mi się strugami, a hamulce, które do tej pory
wstrzymywały mnie przed płakaniem w pobliżu ludzi, teraz ustąpiły. Szereg
pechowych sytuacji, które od rana mnie nękały w końcu przyniosły swój skutek.
Zmęczona myślami i beznadziejnością dnia postanowiłam obejrzeć film Skazani na
Shawshank, który zmienił ten stan rzeczy. Oprócz tego zjadłam też kilka
kawałków sernika, który został po świętach wielkanocnych, więc poprawa samopoczucia
po seansie i takiej ilości cukru była spodziewanym i pożądanym efektem
ubocznym.
Ala, moja przyjaciółka, która podarowała mi płytę DVD na moje osiemnaste urodziny, już od kilku
miesięcy natarczywie upierała się, żebym zobaczyła ten film. Nalegała
wytrwale, a ja za każdym razem obiecywałam jej, że kiedyś w końcu obejrzę.
Kiedy tylko zbliżały się jakieś święta albo kilka dni wolnych, obiecywałam, że
to właśnie teraz go obejrzę, ale zawsze miałam lepsze rzeczy do robienia albo
zwyczajnie zapominałam. I na te święta złożyłam obietnicę, z tym samym co
zawsze zamiarem. Wiedziałam, że jest
to jeden z lepszych filmów i wymaga nieco więcej uwagi i myślenia niż większość
współcześnie produkowanych, więc trudno mi było się do niego zabrać.
Można pomyśleć, że przecież oglądanie filmów nie jest czymś trudnym ani wymagającym wielkich wysiłków,
jednak muszę mieć nastrój i czas na poważniejsze filmy, które czasami oglądam i
które wówczas głęboko przeżywam. Wszystkie takie filmy mają to do siebie, że
pozostawiają mnie z wywołanymi przemyśleniami, a także ze wspomnieniem
wyjątkowych uczuć, jakich doznałam w czasie seansu. Niewiele osób może to
zrozumieć, ale wierzę, że Ala jest jedną z nich.
Pełna
goryczy i z mokrymi od płaczu policzkami zniosłam więc DVD z góry (mam swoją półkę chwały z paroma pozycjami), usiadłam na fotelu
z herbatą w ręku i ciastem w buzi i włączyłam odtwarzacz. Na pudełku
znalazłam małą karteczkę, przyklejoną przez Alę. Było na niej napisane: Nr
1 w rankingu Filmweb. PS: obejrzyj do końca J. Już wcześniej miałam wrażenie,
że kiedyś już oglądałam ten film, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Wiele
filmów oglądałam jako dziecko, ale wówczas nie rozumiałam wielu wątków i
faktów, które byłam w stanie zrozumieć dopiero teraz, więc tego typu filmy
oglądam na nowo, jakbym oglądała zupełnie inny. I z tym było podobnie.
Źródło: filmweb.pl
Oglądałam,
wiedząc, że nie bez przyczyny Ala kupiła mi akurat tę pozycję. Musiał być jakiś
powód, dla którego widzowie Filmwebu docenili tę produkcję z 1994r., ale oprócz
tego miałam przeświadczenie, że Ala chce mi coś przekazać. Jakąś prawdę albo
radę i dlatego kazała mi oglądać do końca. Wydało mi się to absurdalnym
nakazem, bo jak można oglądać film nie do końca? Co
prawda zdarzyło mi się wyłączyć parę filmów przed końcem lub nawet na początku,
ale były one wyjątkowo bzdurne, trywialne i nic nie wnoszące, a wręcz wyniszczające
dla ludzkiej inteligencji. Jednak wiedziałam, że ten film nie jest taki.
Spojrzałam jeszcze tylko na obsadę. Wybitne nazwisko Morgana Freemana od razu
rzuciło mi się w oczy, a ponieważ lubię tego aktora, wiedziałam mniej więcej
czego się spodziewać. Nie wiedziałam tylko tego, jak bardzo ten film na mnie wpłynie.
Jak się
okazało, Ala miała rację. Ostatnie momenty filmu były zdecydowanie najbardziej
pouczające. Ogólny wydźwięk filmu zawiera się w kilku zdaniach. Nadziei nikt
nie jest w stanie nam odebrać, a ona może niekiedy stać się naszą opoką i siłą,
ale co wtedy, gdy klatka, w której zamknie się człowieka, staje się jego
wrogiem, potem towarzyszem codziennej rutyny, potem- dobrze znanym
przyjacielem, a na końcu okazuje się być jedynym domem, bez którego nie jest
się w stanie żyć. Tłumaczą to słowa Reda: Te mury są śmieszne. Najpierw wydaje
ci się, że ich nienawidzisz. Później się przyzwyczajasz. Mija trochę czasu… i
czujesz, że jesteś od nich zależny.
Można to
odnieść do istoty ludzkości, w której klatką jest ludzka postać człowieka na
ziemi, zaś tym, który go skazuje na takie cierpienia, jest sam Bóg. Wówczas nadzieja
pomaga ludziom w starciu z takim negatywnym wyobrażeniem życia, który jest
łudząco podobny do jaskini platońskiej.
Jeśli
już jesteśmy przy skojarzeniach, to muszę wspomnieć o zjawisku „zinstytucjonalizowania”,
który przypomina mi proces lagrowania i łagrowania w totalitarnych systemach z
czasów II wojny światowej. Przypomina mi się lektura szkolna- opowiadania
Borowskiego, w których główny bohater, choć ostatecznie zostaje wyzwolony przez
Amerykanów, nadal jest nosicielem mentalności obozowej. Zmiana ludzkiej
psychiki na tę zlagrowaną tak, by dla każdego więźnia drugi więzień był
wrogiem, a nie przyjacielem, była celem systemów. Sam proces resocjalizacji
przedstawiony w filmie polega na czynieniu ze „złego” człowieka, „dobrego”
człowieka, a więc odwrotnie niż w nazizmie czy komunizmie, to jednak
podobieństwo leży we wpływaniu na człowieka i trwałej zmianie jego mentalności.
Co prawda w filmie pokazano także historię głównego bohatera, który sam
wypowiadał się, że przed tym, jak trafił do więzienia, był przykładnym
obywatelem, a dopiero więzienie nauczyło go i zmusiło do oszukiwania, bo przecież Andy był równie niewinny, co więźniowie obozów (otrzymał wyrok dożywocia, choć nie popełnił zbrodni, za jaką go skazano). Choć trzeba przyznać, że są to dwie zupełnie
inne rzeczywistości i nie wolno tak po prostu porównywać amerykańskiego filmu do wojennych czasów i przeżyć ofiar obozów.
Także
fakt, że w więzieniu panują inne zasady niż na wolności, kojarzy mi się z
lekturą Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. W tej lekturze sens był
dobitny: po okresie łagrów trzeba wrócić do normalnego świata, w którym
istnieją pewne wartości, zasady i normy. Jeżeli nie potrafisz odciąć się od
tamtego innego świata, to znaczy, że nadal pozostajesz w tej mentalności
łagrów. Brooks w filmie nie potrafił sobie poradzić z tym zmienionym światem,
bo przeżył przecież 50 lat w więzieniu, a w tym samym czasie świat zmienił się całkowicie i niesamowicie przyśpieszył. Tłumaczył się, że na wolności
żyje w strachu, co w efekcie skończyło się jego samobójstwem. Tak samo Red
obawiał się, że nie będzie w stanie zmierzyć się z tym światem i polegnie, tak jak Brooks. Jednak z pomocą przyszedł mu pełny nadziei Andy, który w
opinii Reda przepłynął rzekę gówna i wyszedł czyściutki po drugiej stronie.
Nie
wiem, czy Ala chciała, żebym wzbogaciła swoją wiedzę o ten film w celu
posłużenia się nim jako przykładem podczas pisania egzaminu maturalnego, czy
też chciała mi uświadomić, że Nadzieja to wspaniała rzecz… może najlepsza na
świecie. A dobre rzeczy nigdy nie umierają (słowa Andy’ego), by przepędzić
mój pesymizm i wesprzeć mnie duchowo. W każdym razie, tak jak przeczuwałam, ten
film był wyjątkowy. Cieszę się, że znalazłam na niego czas i cieszę się, że
akurat w taki dzień, jak ten. Ja także jestem skazana na Shawshank, ale muszę
się nauczyć jak w nim funkcjonować, a w końcu jak z niego uciec. Może właśnie dzięki nadziei? Teraz już czuję się lepiej i mam nadzieję, że nie była to zasługa maminego sernika.
Hana
29.03.2016r.

Komentarze
Prześlij komentarz